piątek, 10 lipca 2015

Rozdział dwudziesty piąty ,, Zagadki''

Rozdział ten dedykuję wszystkim fanom Marvela  ( bardzo lubię filmy o super bohaterach i coś mnie tak dzisiaj natchnęło, żeby wspomnieć o innych, którzy tak jak i ja je ubóstwiają)

Julia

Zdecydowanie jestem zbyt ryzykowna. Zdążyłam tylko usłyszeć zduszony krzyk Agaty i ogarnęła mnie ciemność. Mój lot raczej nie trwał długo, ale dla mnie to i tak była wieczność. Już myślałam, że nie doskoczyłam, ale po chwili moje nogi poczuły tak upragniony grunt. Z całym impetem padłam na stare, drewniane belki, które tworzyły most.
- Żyjesz tam jeszcze czy mam zacząć cię opłakiwać? - spytała Agata, która pewnie słyszała mój dość głośny upadek i już zaczęła żartować.
- Żyję... - powiedziałam i zdobyłam się na wstanie z ziemi. Ała...
- To super... TYLE, ŻE TE KILKA SEKUND UCZYNIŁAŚ NAJSTRASZNIEJSZYMI W MOIM ŻYCIU!!! - krzyknęła mi do ucha Agata, która już przeskoczyła na drugą stronę i oczywiście się przy tym nie wywaliła.
- Wybacz...
- Wybacz?! I tylko to masz mi do powiedzenia - Agata wzięła mnie za za ręce i już spokojniejszym tonem powiedziała - Julia nie rób tego więcej... Jesteś moją najlepszą przyjaciółką... Obiecywałyśmy sobie przecież, że nasza przyjaźń będzie wieczna... - dziewczyna nie wytrzymała po jej twarzy popłynęły pierwsze łzy. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby Agata Fiń płakała.
  Chwila słabości jednak szybko minęła i przede mną znów stała twarda i pewna siebie dziewczyna, która i tak była najlepszą przyjaciółką jaką w życiu miałam.
  Kiedy już obie doszłyśmy do siebie zaczęłam szukać mojego kastetu, a Agata rozglądać się za wyjściem.
Moją ulubioną broń znalazłam bardzo szybko, ale za to gorzej było ze znalezieniem dalszej drogi. Długo się namęczyłyśmy zanim znalazłyśmy wąski i klaustrofobiczny tunel.
  Tym razem to Agata jako pierwsza zagłębiła się w ciemność. Po paru minutach mozolnej wędrówki ujrzałyśmy światło. Moja przyjaciółka szybko wydostała się z tunelu, a ja kiedy wreszcie wyszłam aż chciałam krzyczeć z radości. Nareszcie więcej tlenu! Nie było mi jednak dane cieszyć się z wyjścia z tego okropnego korytarzu. Bowiem na przeciwko nas ktoś stał.
- Witajcie! Jestem Raiser* - przedstawiła się postać. Był to mężczyzna o długich czarnych włosach i bliźnie na czole. Ubrany w zbroję i długi niebieski płaszcz tworzył wrażenie kogoś kogo lepiej nie spotkać na swej drodze. Niestety pech chciał, że my spotykałyśmy.
- Mam dla was propozycję jeżeli dobrze odpowiecie na trzy zagadki, które wam zadam puszczę was wolno, a na końcu korytarza znajdziecie wyjście. Jeżeli natomiast polegniecie zabiję was bez mrugnięcia okiem.
- A brałeś pod uwagę, że to my możemy poko...
- Agata przestań... Sądzę, że to nasze jedyne wyjście. Po wyglądzie raczę wątpić w to, że z nim wygramy...
- I masz całkowitą słuszność Julio - powiedział Raiser, a na jego twarzy dostrzegłam cień uśmiechu.
- Skąd znasz moje imię? - spytałam.
- Dla mnie nie ma żadnej zagadki ani tajemnicy, na którą bym nie znał odpowiedzi.
- Możemy już zacząć? - spytała Agata, która powoli zaczynała już tracić cierpliwość.
- Jeżeli spieszno ci do śmierci...
- Raczej nie, ale i tak mam dosyć tego twojego ględzenia, więc przestań nawijać.
- Sądzę, że lepiej go nie denerwować... - szepnęłam najciszej jak umiałam, ale facet i tak usłyszał.
- Agato Fiń radzę posłuchać mądrej koleżanki.
  Na szczęście moja przyjaciółka nie odezwała się już więcej. Miała taką swoją specyficzną cechę, że jak jej się ktoś nie spodobał to odnosiła się do niego z pogardą i nie dawała się przez niego ośmieszyć.
- A zatem pierwsza zagadka:
   
Ta rzecz głębokie korzenie miewa,
wyższa jest niźli drzewa
ku niebu sięga wyniośle,
chociaż ni piędzi nie rośnie
*
 - A zatem co to?
- Daj nam chwilę do namysłu... - powiedziałam.
- Może dom z piwnicą? - spytała Agata, którą zawsze bawiły takie zagadki.
- A czy dom jest 'wyższy od drzewa' albo czy 'sięga wyniośle'?
- Jeżeli liczyć z piwnicą to tak - powiedziała moja najlepsza przyjaciółka i wybuchnęła śmiechem. Po chwili, kiedy wreszcie jej przeszło, odwróciła się do Raisera i powiedziała:
- Góra.
- Zgadza się, a więc następna:


Choć bez skrzydeł - pląsa,
choć bez głosu - wyje
choć bez zębów - kąsa,
zamrze, choć nie żyje
*

- Nie żyje? Co może umrzeć, a nigdy nie żyło?
- Rozpędzony powóz, który zjeżdża z górki bez koni?
- Przestań to nie jest śmieszne... Co powiesz na wiatr?
- Ok - odpowiedziała Agata i odwróciła się do mężczyzny. - Wiatr?
Dobrze... A zatem ostatnia:


Noc jej nie czuje i nie widzą oczy
ucho nie słyszy, gdy bez ciała kroczy,
w dziurach zalega i ponad gwiazdami,
w wodnych głębinach i hen pod wzgórzami
pierwsza przychodzi i ostatnia mija,
kres niesie życiu i radość zabija
*

- Orzesz w mordkę jeża... To już jest trudne - powiedziała Agata.
- Co to może być? Nigdy nie lubiłam zagadek...
Po kilku minutach Raiser się uśmiechnął.
- Widzę, że nie znacie odpowiedzi...
- Nie, nie... - powiedziałam - Może to powietrze? Światło? Dzień? Wolna przestrzeń?
- Nie - spokojnie powiedział mężczyzna i zaczął się do nas zbliżać. 
 Kątem oka zobaczyłam, że Agata wyjęła miecz. Nagle mnie oświeciło...
- Ciemność! - krzyknęłam, właśnie w chwili gdy Raiser  wziął zamach.
- Dobrze, a zatem możecie iść dalej... - powiedział i zniknął.
- Nareszcie sobie poszedł. Strasznie mnie wkurzał ten gość - powiedziała Agata i schowala miecz do pochwy.
- Czy on czasem nie wspomniał, że na końcu tego korytarza jest wyjście? - spytałam.
- Chyba wspomniał... - odpowiedziała moja najlepsza przyjaciółka i jak zahipnotyzowana ruszyła przed siebie.
- Szczerze wątpię w prawdziwość jego słów, więc... - szłyśmy już tak dobre parę minut, kiedy nagle zobaczyłyśmy wyjście. Szybko pobiegłyśmy w tamtą stronę i po chwili byłyśmy już wolne. Nareszcie wyszłyśmy z labiryntu!



                                                                          Raiser

Raiser*- po afrykańsku 'raaisel' to zagadka
Zagadki Raisera* - bardzo was przepraszam, ale znów musiałam się posłużyć Hobbitem. Jednak zagadki z tej książki są najlepsze ;)

sobota, 4 lipca 2015

Rozdział dwudziesty czwarty ,, Złe wieści''

Henry

 Te dwie żmije posunęły się już za daleko. Jednak na ich szczęście muszę się teraz spotkać z moim pracodawcą.
  Narada wojenna skończyła się już dobre kilka minut temu. Chciałem ją jak najszybciej skończyć, bo nie dość, że bardzo nie lubię tych spotkań to jeszcze mi się spieszyło. Uwierzcie mi nie chcielibyście się spóźnić na spotkanie z nim. Czym prędzej zatem wybiegłem z domu. Przedtem jednak sprawiłem, że mieszkańcy wioski mnie nie zobaczą.
  Już miałem ruszyć kiedy uświadomiłem sobie, że przecież na piechotę dotrę tam za późno.
"Teraz to już na pewno się spóźnię" - myślałem kulbacząc konia. Po chwili już siedziałem na moim durnym białym ogierze.
Mieszkańcy tej zapadłej dziury twierdzili bowiem, że przywódca powinien mieć białego wierzchowca. Co za durnie! Mi Henr'emu dawać takiego beznadziejnego konia! Ogier którego mi dano nazywał się Arczi. Był on tak oddany i poczciwy,że aż chciało mi się płakać.
- Dokąd jedziemy...? - spytał niepewnie koń.
- Nie twoja sprawa... - odpowiedziałem i sprawiłem, że nie będzie nic pamiętał z tej wycieczki.
Oczy konia zaszły mgłą, a on stał się ospały i apatyczny.
- Ruszaj! - krzyknąłem. Wcześniejsze objawy już zniknęły więc teraz koń ruszył pełnym pędem. Tego niestety nie dało się ukryć, dlatego też pojechałem najmniej uczęszczanymi drogami. 
 Pęd jazdy o mały włos nie zrzucił mi z głowy kaptura, który skrywał twarz. Szczerze powiedziawszy nigdy nie lubiłem jeździć konno. O wiele bardziej wolałem latać. Jednak dzisiaj musiałem wybrać ziemię, ponieważ miejsce naszego spotkania było dobrze ukryte i na pewno lecąc bym go nie dostrzegł.
 Po kilku minutach jazdy dotarłem do Zakazanych Wodospadów. Miejsce to charakteryzowało się skałami i zatrutą wodą. Nic specjalnego, najzwyklejsze w świecie pustkowie. Jednak to zwykłe i niczym nie wyróżniające się pustkowie było miejscem naszego spotkania. Spotkania, które mogło mieć korzystny lub niekorzystny przebieg dla Krainy Zapomnienia.
- Ssspoźniłeś się - powiedział mój pracodawca. Wyszedł nagle zza jednej ze skał. Ledwo zdążyłem zahamować konia. Mimo iż przed chwilą o mało nie zginął, purchawiec nadal stał prosto i patrzył na mnie z wyższością.
 Och... wybaczcie mi tą pomyłkę. Tak naprawdę to wcale nie był taki zwykły stwór jak wszystkie inne. Istota, która przede mną stała była bowiem władcą wszystkich wrogich i złych istot w tym świecie. Mimo iż teraz Balrog* był purchawcem to mógł przybierać też wygląd innych postaci. Ale nie myślcie, że nie miał swojej własnej. Kiedy już zmieniał się w samego siebie wyglądał jak wąż. Był cały czarny, a od pasa w dół miał ogon. Ciało było pokryte łuskami jednak nie jego wygląd był w tym wszystkim najgorszy, ale umiejętności. Balrog był wręcz nie do pokonania. Mimo iż wyglądał na słabego potwora umiał zniszczyć w pojedynkę całą naszą planetę. Był jednak na tyle inteligentny, że wolał nie pracować sam, dlatego też do pomocy miał mnie. Jak też pewnie zauważyliście miał specyficzny sposób wysławiania się.
- Wybacz panie... Narada wojenna...
- Pssst... Też mi coś. Myślą, że jakimiś głupimi spotkaniami pokonają mnie? Władcę ciemności, wodza potworów, króla wszystkiego co złe?
- Pewnie tak panie, ale nie znają jeszcze twojej potęgi, więc...
- Więc czas im ją pokazać! Moje wojska już szykują się do ataku...
- Ale panie...! W wiosce pojawiła się ta jędza z legend.
- To czemu jej nie wyeliminowałeś?
- Chciałem się zabawić. Rozumiesz mnie mistrzu, prawda? Chciałem sprawić jej ból fizyczny i psychiczny...
- Ale teraz masz ją zabić! Zaraz po powrocie bierzesz nóż czy inną broń i wbijasz ją jej prosto w serce. Zrozumiano?
- Tak panie, oczywiście panie - powiedziałem i spuściłem wzrok. Czemu nigdy nie pozwalał mi się zabawić?
- No dobrze moje armie są już prawie gotowe. A co z tymi w tej twojej wioseczce?
- Na razie dużo mówią, a mało robią...
- A dokładniej?
- Zostały poczynione przygotowania, ale nic poza tym.
- To dobrze zaatakujemy pojutrze o świcie. Możesz już iść nie będziesz mi już więcej potrzebny.

Balrog*- wybaczcie, że zerżnęłam to imię z Hobbita, ale nie miałam lepszych pomysłów. No może oprócz zła po filipińsku ( i tak już zapomniałam jak to szło) XD


                                                                            Balrog




                                                                               Arczi

###################################################################################

Informuję, że dodałam zakładkę Zapytaj Bohatera :)

niedziela, 28 czerwca 2015

Rozdział dwudziesty trzeci ,, Kłótnia''

Robert

 Naprawdę bardzo się ucieszyłem, gdy Izabella wreszcie doszła do siebie. Oczywiście nie udałoby się to gdyby nie Sebastian.
  Co do przytulenia, to była spontaniczna decyzja. Tak bardzo się o nią martwiłem, więc kiedy zaczęła do mnie mówić dałem upust emocją.

Izabella

 Czyżby to się działo naprawdę? Może umarłam? Jednak taka możliwość nie wchodzi w grę. Robert naprawdę mnie PRZYTULIŁ, a nawet robił to nadal! Po chwili jednak chłopak się ode mnie odsunął, a na jego twarzy widać było zawstydzenie.

Robert

- Przedstawisz nas czy sami mamy to zrobić? - spytała Luna.
- Już to ro... - nie dokończyłem, bowiem zobaczyłem, że Izabella znów pobladła. - Wszystko dobrze? - spytałem.
- Czy ten... pies mó...mó...wi? - dopytywała się przerażona.
- Wypraszam sobie. Czemu miałabym nie mówić? A co to ja kundel jestem? I to ma być ta cała Śpiąca Czarodziejka? Jak tak to cienko z nami. Już nie żyjemy... - Luna pewnie dalej ciągnęłaby swoją tyradę, gdybym jej nie przerwał.
- Luna przymknij się... - wycedziłem przez zęby.
  Izabella ciągle wpatrywała się z szeroko otwartymi oczami w moją psią przyjaciółkę. Jednak po chwili chyba doszedł do niej sens słów Luny...

Izabella

- Myślisz, że chciałam zostać Śpiącą Czarodziejką? Pierwszy raz w życiu w tak krótkim czasie groziło mi tyle niebezpieczeństw. Straciłam swoje stare życie i wszystko zaczęło się komplikować - tutaj urwałam, bo Luna obnażyła kły.
- Pochodzisz z okropnego świata skoro nie ma tam niebezpieczeństw. Po co nam taka ,, paniusia", która potrafi tylko gadać i robić słodkie oczka. Tutaj przydają się wojownicy i czarodzieje, a nie nic nie...

Robert

- LUNA!!! Przymknij się! - krzyknąłem, bo nie mogłem wytrzymać jak wyzywała na Izabellę i jej świat.
- Nie ona ma rację nie powinno mnie tu w ogóle być - powiedziała Śpiąca Czarodziejka.
- Mogę cię o coś prosić? - spytałem.
- Jeżeli musisz... - odpowiedziała Izabella z obojętną miną.
- Powiedz: Pragnę, żeby wszyscy, którzy płyną na tych kładkach zostali uwolnieni z labiryntu...
W tej chwili błysnęło bardzo jasne światło.

Izabella

 Światło rozbłysło tak nagle i było tak jasne, że myślałam, że oślepnę. Po chwili jednak znikło, równie szybko jak się pojawiło. Usłyszałam plusk wody i głosy.
- Izabella, oświetl to miejsce! Tylko szybko! - nagle rozkazał mi Robert.
- Chcę światła! - krzyknęłam. Byłam jednak bardzo wkurzona na chłopaka, bowiem nienawidziłam jak ktoś mi rozkazywał.

Robert

 Ach... Te moje głupie przyzwyczajenia, nie powinienem rozkazywać Izabelli.
Po chwili cała jaskinia została oświetlona. Widziałem, że Sebastianowi i Lunie opada szczęka. Raczej nieliczni czarodzieje potrafili coś takiego zrobić.

Izabella

 Mina Luny - bezcenna. 
 Musiała być nieźle zaskoczona moją mocą. Dobrze jej tak mogła na mnie nie wyzywać skoro nie wiedziała co potrafię.
  Przez chwilę poczułam ogromne zmęczenie, ale ono zaraz ustąpiło ciekawości, kto lub co wpadło do wody.  
 Reszta już szykowała się do misji ratunkowej. Nagle z wody wynurzyły się dwie postacie. Wpatrywałam się w nie coraz dłużej i dłużej aż w końcu dotarło do mnie, że ja je przecież znam.
  Wiadomość ta jednak wcale mnie nie ucieszyła. Prawdę powiedziawszy raczej przeraziła. W wodzie bowiem był mój pies Bestia i Dominika, jedna z najlepszych przyjaciółek ze szkoły. 

###############################################################################

 Wybaczcie, że piszę dopiero teraz. Mimo iż wakacje zaczęły się już w piątek, miałam takiego lenia i brak chęci do wszystkiego, że nie byłam w stanie nic wystukać na tej durnej klawiaturze. Dzisiaj jednak się zmotywowałam i coś udało mi się sklecić.Proszę jednak o odrobinę wyrozumienia dla tej notki. Pisałam ją na szybko i jestem pewna, że jest w niej tona błędów.
 Ale co ja wam będę ględzić o mnie. Teraz czas na życzenia dla was. 
 Życzę wam więc najwspanialszych wakacji w życiu, udanego wypoczynku i załatwienia wszystkich spraw przewidzianych na te dwa miesiące. 
 Wiem życzenia są już trochę spóźnione, ale cóż przynajmniej są.

wtorek, 23 czerwca 2015

Rozdział dwudziesty drugi ,, I znowu umieram''

Izabella

- Kochanie?!
  Otworzyłam oczy i ujrzałam nad sobą twarz mamy.
- Długo spałam? - spytałam.
- Około godzinki. Lepiej się czujesz?
- O wiele... - odpowiedziałam. Jednak rzeczywistość była całkowicie inna. Tak naprawdę już za chwilę miałam walnąć z całej siły w podłogę.
- Jesteś głodna? - spytała niczego nie świadoma mama.
- Nie za bardzo, może potem - powiedziałam i poszłam do łazienki.
- Dobrze, zrobię tosty dla Olafa i przy okazji dla ciebie.
- Okey...
  Weszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Stałam na przeciwko zwykłej blondynki o oczach czerwonych oczach. Moje oczy były w sumie najbardziej we mnie niezwykłe. Zazwyczaj niebieskie, czasami natomiast czerwone. Lekarze nie za bardzo potrafili to wytłumaczyć, ale ponieważ nie zagrażało to mojemu zdrowiu po pewnym czasie wszystko ucichło. Moje tęczówki coraz rzadziej zmieniały kolor, a ja sama zaczynałam coraz bardziej dojrzewać, więc stwierdzono, że już niedługo całkiem mi to zniknie.
  Dzisiaj jednak oczy znów nabrały odcieniu czerwieni, nawet jeszcze mocniejszego niż zwykle. Chwilę po tym jak to zauważyłam, coś zaczęło się dziać. Zabrakło mi powietrza i poczułam, że się topię.
" Uch... A więc przynajmniej nie rozpłaszczę się na kwaśne jabłko. Za to się utopię! Co tu robić? Myśl...my..."
  Spróbowałam nabrać powietrze, ale zamiast do niego w moje płuca zaczęła się wdzierać woda. Zaczęłam się krztusić. Całe to niewidzialne przedstawienie trwało może z kilka minut. W końcu poczułam, że umieram.  Leżałam tak na podłodze łazienki i  czekałam aż to wszystko się skończy.
- Żegnaj świecie... - szepnęłam ostatkiem sił. Po raz ostatni zamknęłam oczy i... I nic się nie stało. Nagle siły mi wróciły jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki.
- Iz, wszystko dobrze? - z kuchni dobiegał głos mamy.
- Tak mamo, już wychodzę - krzyknęłam i szybko załatwiłam wszystko co miałam załatwić w łazience.
- Z ketchupem czy sosem czosnkowym? - spytała moja rodzicielka, gdy tylko usiadłam przy stole.
- Zdecydowanie z czosnkowym - odpowiedziałam i wgryzłam się w tosta. Dopiero teraz uświadomiłam sobie jak dawno nie jadłam.
- Widzę, że czujesz się już lepiej. Kochanie gdzie moja kawa? - spytał mój tata, który właśnie wszedł do kuchni razem z Olafem.
- Stoi na blacie... - odpowiedziała mama, zajęta dogodzeniem mojemu bratu. Trzeba przyznać, że straszny z niego niejadek.
- A gdzie gazeta? - spytał tata, który zdążył już wysypać połowę cukierniczki na podłogę i przy okazji wlać trochę kawy do zlewu.
- Tato!!! - krzyknęłyśmy obie z mamą.
- No co?! - spytał jak zawsze z miną niewiniątka nasz pan architekt.
- Chyba nie będziesz czytał przy obiedzie? - spytała mama.
- No... nie.... - powiedział niepewnie tata.
- I bardzo dobrze, bo już się bałam.
  Po chwili wszyscy zaczęli się śmiać, bo tata wylał sobie na koszulę ketchup.
  Obiad minął nam w miłej i pogodnej atmosferze. W sumie to nie nazwałbym tostów obiadem, ale zaraz po nich mama podała nam zupę warzywną.
  Dzień minął bardzo szybko i nim się spostrzegłam dobiegł końca. Dopiero teraz dotarło do mnie, że przecież ja umierałam. W sumie nie było to nic nadzwyczajnego, bo przecież wiedziałam, że spadam z dość wysoka. Jednak o wiele dziwniejsze było to, że przeżyłam. Kto mnie uratował?
  Znałam tylko jeden sposób, aby się o tym przekonać. Wyruszyłam do Krainy Zapomnienia.
Kiedy zasnęłam poczułam, że teraz chyba nie umiałabym żyć bez tego drugiego świata. Stał się częścią mnie, a ja jego częścią. To dziwne, kiedyś go nienawidziłam i może dalej nienawidzę, ale stał się nie odłączna częścią mojego życia. Czymś na wzór jakiegoś ważnego organu ludzkiego , którego się  jednocześnie brzydzisz, ale i nie umiesz bez niego żyć.
  Pojawiwszy się w Krainie Zapomnienia z początku nie widziałam gdzie się znajduję. Wszystko przed moimi oczami wirowało. Natomiast moje objawy powróciły. Poczułam, że mi słabo, zaczęło mi także brakować tchu.
- Robert ona się.... - usłyszałam czyiś głos. Reszty niestety nie udało mi się zrozumieć, bo zatkały mi się uszy. Objawy, które teraz miałam wcale nie były mi obce. Zawsze po pobraniach krwi, szczepionkach czy innych spotkaniach z igłą tak właśnie się czułam. Ale teraz chyba raczej nikt mnie nie dźgał, to było coś innego.
- Izabella sly... - usłyszałam czyiś głos. Jednak nie byłam nawet w stanie odpowiedzieć. Próbowałam coś zobaczyć, ale nadal widziałam tylko rozmazane kształty.W końcu opóściłam powieki, bo bardzo mi ciążyły.
- Ha... - ciągle ktoś coś do mnie mówił. Po chwili poczułam coś mokrego na twarzy, co delikatnie ją przetarło.
 Znowu jakieś głosy. Teraz jednak już w ogóle nie mogłam ich rozróżnić, ani wychwycić żadnych słów. Leżałam tak dłuższą chwilę, kiedy nagle znów zaczęłam nabierać sił. Odrobina jakiejś leczniczej energii wystarczyła, bym mogła otworzyć oczy. Rozejrzałam się po najbliższym otoczeniu. W koło była woda i ciemność. Tylko jeden maleńki promyczek, oświetlał kładkę, na której płynęłam. Ktoś szczelnie przykrył mnie dwoma kocami, a pod głowę włożył poduszkę.Rozejrzałam się w poszukiwaniu moich wybawicieli i już po chwili ich ujrzałam. Na drugiej takiej samej kładce siedział pies z jakimś chłopakiem.
- Izabella, wszystko dobrze? Jak się czujesz? - szybko się odwróciłam w przeciwnym kierunku. I nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Tuż obok mnie siedział Robert! Patrzył na mnie tymi swoimi wspaniałymi oczami i lekko się uśmiechał. Tak samo jak w dniu naszego pierwszego spotkania.
- Wygląda na to, że jesteśmy kwita... - szepnęłam do nie niego, a on jeszcze bardziej się uśmiechnął.
- Nawet nie wiesz jak bardzo się cieszę, że żyjesz - powiedział i mnie przytulił. A ja poczułam się najbezpieczniejszą i najszczęśliwszą osobą na świecie.

piątek, 19 czerwca 2015

Rozdział dwudziesty pierwszy ,, Zerwany most''

Julia
 Może i wskoczyłam do tunelu zbyt pochopnie, ale przecież innej drogi nie było. Chyba.
  Od kiedy znalazłam się w środku, zjeżdżałam. Tak dosłownie zjeżdżałam. W środku była bowiem stara rdzewiejąca zjeżdżalnia. Jednak mimo iż zjeżdżalnia była cała w czerwonawo-brązowawym nalocie jechałam z bardzo dużą prędkością.
- Agata? - spytałam, bo uświadomiłam sobie, że dawno jej nie słyszałam.
- Tak? - usłyszałam głos tuż za sobą.
- Spodziewałabyś się czegoś takiego?
- A w życiu, dziewczyno. Wątpię żeby ktokolwiek coś takiego przewidział.
  Zmilkłyśmy na chwilę. Po kilku minutach zjeżdżalnia się skończyła, a my z całą siłą rozpędu padłyśmy na podłogę.
- Ciekawe gdzie jesteśmy - spytałam, ale zaraz tego pożałowałam. Po kilku sekundach coś zaczęło przelatywać na nad głowami.
- Nietoperze!!! - krzyknęła Agata, która mimo iż bała się tylko starości i choroby trochę się zlękła. Ja natomiast byłam PRZERAŻONA! Nienawidziłam wszelkiego rodzaju robali, ale najbardziej jednak bałam się latających ssaków. 
 Szybko wyjęłam z pochwy sztylet i spróbowałam zabić nietoperze. Wcześniej liczyłam na to, że niedługo ich zastępy przelecą nad nami, a my będziemy miały spokój. Jednak stwory nadal ocierały się o nas aż w końcu mi skończyła się cierpliwość.
  Zaczęłam wyganiać nietoperze z pomieszczenia, a Agata po chwili również się do mnie przyłączyła.
- Nareszcie - powiedziałam po długo trwałych walkach.
- Chodźmy dalej. Strasznie chce mi się pić i jeść.
Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że cały dzień nic nie jadłam i nie piłam.
- Wątpię, że coś tu znajdziemy. Chyba dopiero jak stąd wyjdziemy to coś znajdziemy. Ruszyłyśmy zatem do wylotu pomieszczenia skąd wyleciały nietoperze. I oczywiście tam również musiała być jakaś przeszkoda. Tym razem był to most tyle tylko, że przerwany.
- Co robimy? - spytała Agata, ale czułam, że dziewczyna już tworzy w głowie plan.
- Może na początek... - powiedziałyśmy w tym samym momencie i od razu wybuchłyśmy śmiechem. Jak dobrze jest mieć przyjaciela w trudnej sytuacji.
- Mów pierwsza - powiedziała Agata, gdy tylko przestałyśmy się chichrać jak głupie.
- No więc... Może najpierw obejrzymy dziurę? - spytałam.
  Weszłyśmy zatem na most i przyjrzeliśmy się zarwaniu.
- Aleee... Ta dziura wygląda jakby była zrobiona specjalnie.... - powiedziałam bardzo tym wszystkim zaskoczona.
- No właśnie, pewnie Henry zrobił ją specjalnie - stwierdziła Agata.
- Rzućmy kamieniem ....
- Ale po co? - spytała moja przyjaciółka totalnie skołowana.
- Żeby zobaczyć jak daleko jest dalsza część mostu - wytłumaczalnym szybko.
- A widzisz tu jakiś kamień?
- No w sumie nie... Ale zawsze możemy rzucić mój kastet...
- Naprawdę? Jesteś w stanie go poświęcić? - spytała Agata, która bardzo dobrze mnie znała i wiedziała jak bardzo kocham tą broń.
- Tak... - powiedziałam i żeby już dłużej się nie męczyć, rzuciłam kastet na średnią odległość. Po chwili, która dla mnie była wiecznością usłyszałam stukot.
- Doskoczymy, no nie? - spytałam.
- Raczej tak... - odpowiedziała, ale bez przekonania.
- Przekonajmy się zatem! - krzyknęłam i skończyłam w ciemność. Chyba jestem jednak zbyt ryzykowna...